Na długo zanim wszędzie zaczął królować “Smyk”, zanim jeszcze pojawił się gigantyczny i kolorowy, samoobsługowy “Świat Dziecka” (dziś już chyba go nie ma) – było tylko jedno miejsce dla dziecka spragnionego zabawek. “Puchatek” we Wrzeszczu. OK, kolorowe zabawki były też w Peweksie, ale tam raczej patrzyłem przez szybkę. “Puchatek” był w zasięgu nie tylko wzroku.
Ale przyszło nowe, świat poszedł do przodu, a “Puchatek”, niczym książkowy miś zaklinowany w wejściu do nory Królika, musiał się zmniejszyć. I chudł, chudł – aż pozostał tylko jednym, małym boksem w ciągu handlowym przy klonowej. Bez zabawek, za to z butami. Smutne.
Rozumiem, że niewidzialna ręka rynku ma swoje prawa, ale “Puchatek” to była spora część mojego dzieciństwa. Miejsce magiczne. Jak się wchodziło do niego, po prawej były ubrania, po lewej – buty, a na wprost… Zabawki. Zarówno na półkach pod ścianą, jak i pod ladą. A za ladą pani, która musiała mieć najlepszą pracę na świecie.
A co konkretnie sprawiło, że “Puchatek” zniknął? To samo, co wyrugowało późniejszy, ale równie bajkowy “Świat Dziecka” przy Grunwaldzkiej. Nasza mała, gdańska Wall Street.
Jeżeli dokładnie przyjrzycie się temu zdjęciu, to zobaczycie, że brakuje jeszcze czegoś – choć ślad pozostał. Pamiętacie taki wielki bluszcz, prawie na całą ścianę? Teraz by się zielenił…




