Żurawie stoczniowe

Posted by in Młyniska

 O taki widok toczy się walka.

Gdy niedawno gruchnęła wieść, że słynne żurawie stoczniowe zostały sprzedane, w mieście zawrzało. Już wcześniej, gdy jeden z nich trafił na złom, podniosły się głosy oburzenia. Bo okazało się, że właściciele terenów, na których znajdują się największe symbole stoczniowej przeszłości miasta, nie potrafią zadbać o powierzone im dziedzictwo.

Okazało się, że dźwigi kupiła państwowa spółka, co pozwala mieć nadzieję, że nie zostaną tak szybko sprzedane na złom. Z drugiej strony, patrząc na stereotypowe postrzeganie działalności organów państwowych, czy można mieć pewność, że dźwigi przetrwają?

Celowo uderzyłem w nieco górnolotne tony, bo tak właśnie piszą o stoczniowych żurawiach wszystkie media. Takie są też (w większości) komentarze w sieci. Nie ma Gdańska bez dźwigów – kropka. Ale czy faktycznie?

Jakoś tak w okolicach sprzedania na złom pierwszego z dźwigów miasto obudziło się. Zrozumiało, że tereny postoczniowe to nie tylko Nowa Wałowa, Młode Miasto i szklane domy. Że tuż obok stoją autentyczne relikty wielkiego zakładu przemysłowego, jakim była stocznia. I że wpisały się już na tyle w krajobraz Gdańska, że ich nagłe zniknięcie może być dla gdańszczan szokiem.

Przeprowadzono więc ankietę. I okazało się, że mieszkańcy chcą pozostawienia dźwigów. W ten sposób przetrwanie dźwigów zostało prawie zagwarantowane.

Zastanawiam się tylko, jak wyglądałyby wyniki takiej ankiety, gdyby przeprowadzono ją poza Gdańskiem. Czy faktycznie stoczniowe dźwigi to jest takie automatyczne skojarzenie, że bez nich Gdańsk straciłby na atrakcyjności?

Przyjmijmy założenie (niebezpodstawne w obecnej sytuacji), że dźwigi zostają. I co dalej? O tym się jakoś nie mówi – cały czas naciska się tylko na ich pozostawienie. W formie pomników? Czy może zrobi się z nich jednopokojowe hotele? A przecież dźwigi trzeba zostawić także z tym wszystkim, na czym jeżdżą. Beż tego dźwigów być nie może. Czy wiadomo, jak to się wpisuje w wizję zabudowy tamtych terenów? Czy nie ryzykujemy braku spójności w nowej dzielnicy?

Działalność stoczniowa zamiera. Niemniej zakłady przemysłowe zajmują bardzo atrakcyjne części miasta. Gdyby je stamtąd usunąć – niekoniecznie daleko, wystarczy na Wyspę Ostrów – miasto mogłoby się rozwijać. I może wtedy pozostawienie dźwigów w obecnym miejscu nie byłoby konieczne, bo dźwigi byłyby na wyspie?

Oczywiście należałoby wcześniej sprawdzić, ile kosztowałoby przeniesienie dźwigów (w jakiejś części) na wyspę. A i to tylko przy założeniu, że dźwigi pozostawione w obecnym miejscu kolidowałyby z planami zabudowy. Jeśli tereny postoczniowe mają być nowym centrum naszej metropolii, to powinny być zrobione z sensem, a nie na siłę.

Na szczęście wierzę, że możliwy jest kompromis. Że zakłady przemysłowe znikną, a dźwigi zostaną wkomponowane w nowe tereny miejskie. W ten sposób możliwe byłoby stworzenie pięknego waterfrontu od Zielonej Bramy do Elektrociepłowni. Oczywiście nie od razu, stopniowo. Ale wyobraźcie sobie tylko możliwość spacerowania pięknym bulwarem nad wodą, na tak długim odcinku.

Liczę, że doczekam się eleganckiego rozwiązania, które zadowoli wszystkich (co nie będzie łatwe). Dźwigi wpiszą się w charakter nowej dzielnicy (tylko jeszcze nie wiem jak), a ja będę mógł pójść na długi spacer nad wodą.

A potem, stopniowo, zacznie się zagospodarowywanie reszty dziur na planie miasta. Bo stocznia to tylko jeden przykład. O reszcie napiszę za jakiś czas.

PS: a dla zwolenników pozostawienia dźwigów za wszelką cenę mam taki argument – dźwigi jednak są bardzo rozpoznawalne poza Gdańskiem. Inaczej nie robiono by takich koszulek, jak ta poniżej.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter