Jak przebiegłem XIX Maraton Solidarności

Posted by in Inne

Cudzy wysiłek zawsze wygląda jakoś lżej. Zwłaszcza, gdy mowa o kimś, kto jest do tego wysiłku przyzwyczajony. Ja też uległem przed rokiem temu złudzeniu, gdy poszedłem przygotować materiał o XVIII Maratonie Solidarności. Zobaczyłem tłum biegaczy i stwierdziłem, że to nic strasznego. Ja tez mogę dać radę. Przecież biegam…

I tak narodziło się moje publiczne zobowiązanie do przebiegnięcia Maratonu Solidarności w 2013 roku. Nic to, że przed rokiem miałem na koncie tylko biegi na 5 i 10 km. Że biegałem niecałe pół roku. Że nic nie wiedziałem o tym, jak się biegnie maraton. To tak lekko wyglądało, że nie mogło się nie udać. Rozgłosiłem więc mój zamiar wszem i wobec i zacząłem czekać na 15 sierpnia 2013 roku. Po drodze zaliczając kolejne parkruny, biegi w Gdyni czy półmaraton w Sobieszewie. I okazjonalnie biegając wieczorami. Bo przecież maratony wygrywa się głową, prawda? W dzień startu pogoda dopisała – nie było za ciepło, nie było za zimno, słońce skryło się za chmurami. Można było biec. Trasa jak marzenie, kibice dopingowali – trudno zliczyć te wszystkie przybite „piątki” – kondycja dopisała.

A jaki wszyscy mieli humor! W Sopocie, biegnąc, zauważyłem, że matka z dzieckiem tak zapatrzyła się na biegaczy, że weszła na ścieżkę rowerową. Jestem wyczulony na tego typu sytuacje, więc z uśmiechem zwróciłem jej uwagę:

– To jest ścieżka rowerowa – powiedziałem, a pani z uśmiechem zeszła na chodnik.

– To jest ulica – powiedział biegnący obok zawodnik i nie sposób było odmówić mu racji.

Wesoło, z dopingiem, wiarą we własne siły… Tak właśnie było podczas biegu. Przez jakieś 25 kilometrów.

Potem zaczął się kryzys. Podbieg na Westerplatte, Trasa Sucharskiego pozbawiona kibiców. No i własny organizm, który zachęcał do odpoczynku. Żeby był tam choć jeden kibic, który krzyczałby „dajesz, dajesz”. Ale towarzyszyła nam cisza (oraz oczywiście tupot stóp). Dodatkowo widziałem wszystkich, którzy już zbiegali z Westerplatte – a ja miałem to wszystko dopiero przed sobą. To trochę demotywowało (a zaczęło się już na Ogarnej, gdzie minęli mnie dwaj zwycięzcy). Na Westerplatte zmęczenie wygrało. Zrobiłem sobie długi, blisko dwudziestominutowy odpoczynek. Zregenerowałem siły. Pozwoliłem swojej psychice zdominować słabe mięśnie.

I ruszyłem w dół.

A za mną… autobus. Zły, wielki autobus, który zbierał tych, którzy zrezygnowali. Oraz tych, którzy biegli za wolno. Powiem Wam, że taka motywacja, warcząca jakieś sto metrów za plecami, potrafi dać kopa. A jeszcze bardziej motywuje, gdy taki autobus podjeżdża i organizator ze środka mówi, że pora zejść z trasy. Co przydarzyło mi się tuż przed zbiegnięciem z Trasy Sucharskiego. Oczywiście zacisnąłem zęby, krzyknąłem „nie” i – choć nogi chciały mi odpaść – pobiegłem jeszcze szybciej. Autobus nie dawał za wygraną i ponownie mnie dogonił (to nie było trudne). Ale ja byłem głuchy na wołania, biegłem, jakby gonił mnie sam diabeł. Wreszcie po raz trzeci autobus mnie wyprzedził i podjechał do mężczyzny biegnącego przede mną. Ten zaczął dyskutować z osobą w środku, a ja mogłem po raz trzeci wyprzedzić autobus, krzycząc tylko w przelocie do mężczyzny „nie podawaj się”. I biegłem, biegłem… co chwilę oglądałem się, czy ten autobus nie jest gdzieś za mną, czy nagle nie przyspiesza. Okazało się, że nie, ale odruch spoglądania za siebie miałem aż do Długich Ogrodów.

A potem ostatni kilometr. Stągiewna – gdzie żołnierze przeganiali turystów na chodnik, aby ostatni zawodnicy mogli w spokoju biec (a pędziłem wtedy tak szybko, że przecież mogłem kogoś stratować). Krowi Most, gdzie ci, którzy już skończyli, popędzali do szybszego biegu (a ja już szybciej nie mogłem). I wreszcie Ogarna, gdzie podszedł do mnie pewien mężczyzna.

– Byłem w tym zafajdanym autobusie. Szacunek – powiedział i uścisnął mi dłoń.

To dopiero dało mi kopa. Wiedziałem, że czas się kończy, nogi wbijają mi się już prawie w mózg, ale – sam nie wiem jak – przyspieszyłem. Garbary, Długa – i już tłumy turystów. Oklaski. Okrzyki. Doping. Ostatnie metry i jest meta! Udało się. Przebiegłem maraton. Oficjalny czas – 5:18:38. Medal i euforia wyłączyły cały ból i zmęczenie w ułamku sekundy. Chciałbym podziękować wszystkim, bez których ten bieg nie byłby takim niesamowitym wspomnieniem. Przede wszystkim moim Żonie i Mamie, które dzielnie wspierały mnie na trasie, dopingowały, towarzyszyły na ostatnich metrach i powitały mnie tuż za metą. Bez Was nie dałbym rady. Specjalne podziękowania trafiają też do mojej Siostry, która kibicowała mi na Endomondo (a jej komentarze cały czas słyszałem w słuchawkach).

Dziękuję też wolontariuszom, którzy zabezpieczali trasę (stali na każdym wyjeździe na trasę biegu), podawali napoje, kibicowali i byli tam, aby nam pomóc. Razem z Wami byli też policjanci, żołnierze (a to był dzień ich święta!), służby medyczne którym również dziękuję. Dziękuję współzawodnikom – za pogodny nastrój bez cienia rywalizacji i dużo życzliwości w ciężkiej chwili na Westerplatte. No i zdecydowanie dziękuję wszystkim kibicom (znanym mi i nieznanym) – za to, że byliście, że dodawaliście sił, że przybijaliście „piątki”, trzymaliście transparenty i patrzyliście z życzliwością na grupę świrów, blokującą pół miasta. Bądźcie na trasie też za rok, bez Was to nie to samo. Ja pewnie też za rok pójdę kibicować. Chyba że… Przed maratonem zapowiedziałem, że po nim skupię się na bieganiu na 5 i 10 km. Tuż po przebiegnięciu mety poprosiłem Najmilejszą, aby porządnie walnęła mnie w głowę, gdybym jeszcze kiedyś zaczął coś mówić o bieganiu w maratonie. A teraz? A teraz zbieram siły, aby jakoś wytrzymać ten cios w głowę. Bo bieganie uzależnia.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter