Jak to z tym rowerem miejskim jest?

Posted by in Inne

2013-05-01 wiadukt rowerowy 006

Przyglądając się sieciowym dyskusjom o rowerowym rozwoju naszego miasta nie sposób przeoczyć częstych wspomnień o tzw. rowerze miejskim. Chodzi o funkcjonujący w wielu miastach na świecie ogólnodostępny system publicznych automatycznych wypożyczalni rowerów. W Polsce sztandarowym przykładem roweru miejskiego jest Warszawa.

Do tej pory najczęstszą reakcją władz miasta na propozycje wdrożenia takiego systemu w Gdańsku było stanowcze zaprzeczenie oraz wskazanie, że polityka rowerowa w Gdańsku jest rozwijana w inny sposób. Nie zawsze ze wskazaniem, jak ten inny sposób wygląda…

Tym większe było moje zdziwienie, gdy ostatnio prezydent Paweł Adamowicz na swoim blogu opublikował długi tekst właśnie o rowerze miejskim. Informuje w nim, że zlecił przygotowanie analiz dotyczących wdrożenia w Gdańsku takiego systemu, jednocześnie prosząc o komentarze. Nie znaczy to, że już wkrótce wskoczymy na siodełka publicznych rowerów. Póki co jesteśmy zaproszeni do sprawdzonego modelu działania pod nazwą „warto rozmawiać”.

Skoro warto, to i ja dorzucę swoje trzy grosze.

Nie ulega wątpliwości, że postawienie na transport rowerowy mogłoby przynieść masę korzyści dla miasta i jego mieszkańców. Lepsze zdrowie, mniej spalin, mniejszy hałas, ogólne zadowolenie i większa mobilność – to argumenty pojawiające się pod każdą dyskusją o rowerach w mieście. No i miasta, które od kilku lat wygrywają we wszelkiej maści rankingach na jakość życia, postawiły na rowery – a to nie może być przypadek.

Dodatkowo te wszystkie miasta – poczynając od naszej Warszawy, a kończąc na modelowej już Kopenhadze – mają rowery miejskie. Coś musi być na rzeczy, zatem i Gdańsk, promujący się jako miasto przyjazne rowerom, powinien mieć taki system.

Sam byłem tego zdania przez bardzo długi czas, ale ostatnio spojrzałem nieco krytycznym okiem na tego typu podejście. Czy nie jest to trochę działanie na zasadzie „inni mają, to my też”? Bez patrzenia na całość obrazka? Nie jest to najlepszy sposób na rozwój miasta, bo idąc tym tokiem myślenia można też sobie zażyczyć toru F1, aquaparku czy kosmodromu. Albo przynajmniej lotniska.

Rower miejski nie może istnieć w oderwaniu od reszty rowerowego stylu życia. I nie mówię tu tylko o odpowiedniej infrastrukturze (o niej za chwilę), ale o mentalności. O chęci do jeżdżenia. Typowy sieciowy malkontent stwierdzi, że w Gdańsku można jeździć na rowerze trzy miesiące w roku, a poza tym jest u nas za zimno, za mokro i za (tu wstaw dowolne negatywne określenie).

Fakt, nasz klimat nie może się równać z tropikalnym Sztokholmem czy Amsterdamem, ale nie jest prawdą, że rowery śmigają po Gdańsku tylko kilkanaście tygodni w roku. Niemniej – nie ma u nas kultury jeżdżenia na rowerze. I nie wyrobimy jej w jeden sezon. Tu chodzi o pokazanie, że rower potrafi być szybszy na krótkich odcinkach. Że z jazdy jest więcej korzyści niż niedogodności. A nawet chodzi o zachęcanie przez pracodawców do przyjeżdżania rowerem do biura. Tak, także do Urzędu Miasta.

Rozejrzyjcie się. Widzicie coś takiego wokół siebie? Ja nie.

Ale sama mentalność to jedna strona medalu. Druga to wspomniana już infrastruktura. Gdańsk ma masę ścieżek rowerowych – lepszych, gorszych, ale jednak oplatających miasto dość gęstą siecią. Niestety, w tej sieci zdarzają się spore dziury. Obawiam się, że to nie tylko efekt braku środków w budżecie, ale też pochodna tego, że drogi dla rowerów projektują ludzie, którym rower kojarzy się z prezentem komunijnym, a nie z codziennym środkiem transportu. Do tego dochodzi też brak (choć widać światełko w tunelu) parkingów rowerowych, komunikacji miejskiej dogodnej dla rowerzystów…

Pomimo wielu kilometrów ścieżek rowerowych – nadal długa droga przed nami.

Osobną kwestią jest ciągłe dostosowywanie miasta dla potrzeb samochodów, ale nie chcę tego tematu poruszać teraz. Dość powiedzieć, że zahacza on zarówno o kwestie infrastruktury, jak i mentalności. I jest to spory temat…

Czy warto więc w środek tego wszystkiego wrzucać rower miejski? Zbyt mocno popieram ideę posiadania przez Gdańsk takiego systemu, aby ryzykować jej zawalenie przez zbyt wczesny start. A obawiam się, że gdybyśmy dziś postawili nawet setki stacji bazowych z tysiącami rowerów, odzew byłby niewielki. Może osoby korzystające z autobusów czy tramwajów na krótkich odcinkach spróbowałyby jazdy na rowerze – o ile miałyby porządną ścieżkę. Może niektórzy piesi. To wszystko.

Dlatego obawiam się, że zamówione przez prezydenta Adamowicza analizy wykażą, że rower miejski w Gdańsku dziś nie ma racji bytu. Byłby najwyżej ciekawostką turystyczną, sporadycznie wykorzystywaną przez mieszkańców. Będzie to stwierdzenie prawdziwe, ale prowadzące do mylnego wniosku – że nie warto angażować się w prace nad takim systemem. Tymczasem warto byłoby zadać sobie inne pytanie – co należałoby zrobić, aby z sukcesem wprowadzić w Gdańsku rower miejski? I takie opracowanie powinno stanowić ramę działań władz miasta na wiele lat.

Patrząc na ilość projektów w budżecie obywatelskim, dotyczących tzw. siłowni pod chmurką, można odnieść wrażenie, że społeczeństwo łaknie ruchu. Gdy już wszyscy poprawimy swoją kondycję na osiedlowych atlasach, zapewne skierujemy wzrok na dwa kółka (tymczasem w budżecie obywatelskim nie było żadnego projektu stricte rowerowego). I wtedy będzie czas na rower miejski. Warto, aby do tego czasu za naszą mentalnością podążał rozwój infrastruktury.

Bo tak naprawdę nie chodzi o to, aby mieć rower miejski, ale o to, aby Gdańsk był świetnym miejscem do życia. I o ile z publicznymi dwoma kółkami możemy poczekać kilka lat, o tyle z działaniami w tym najważniejszym z tematów musimy bardzo szybko zacząć gonić światową czołówkę.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter