Pobite gary!

Posted by in recenzje, Żabianka

Okrzyk, przedstawiony w tytule dzisiejszego wpisu, kojarzy mi się z dziecięcą zabawą w chowanego. Jakoś nigdy nie wiązałem go z kuchnią. Okazuje się, że na stare lata przyjdzie mi to zmienić.

Od kilku tygodni miałem świadomość, że „Pobite Gary” to nazwa nowej, interesującej restauracji w Gdańsku (Bitwy Oliwskiej 34). Polecano mi ją kilkukrotnie, więc postanowiłem wreszcie przekonać się na własnym języku, czy faktycznie jest tak fajnie.

2014-03-29 spacer Oliwa 007

Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy po wejściu do lokalu, to gwar. To nie jest jedna z tych cichych, fikuśnych restauracji, w których słychać tylko delikatny brzęk srebrnych sztućców i muzykę smyczkową. Tu rozmawiali ludzie, dzwoniły naczynia, Pharrell Williams śpiewał „Happy”, a dzieci jak to dzieci – nie potrafiły usiedzieć cicho.

Tak, „Pobite Gary” są przyjazne dzieciom i musicie mieć tego pełną świadomość. Nie jest to jednak kolejna infantylna restauracja z cukierkowymi mebelkami i kącikiem do rysowania. Tu po prostu można przyjść z dzieckiem i nikt nie będzie na to krzywo patrzeć. A obsługa jeszcze zawsze uśmiechnie się do najmniejszych klientów.

Zresztą obsługa uśmiecha się do każdego. Obserwując ten przemiły zespół miałem wrażenie, że dania smakują mi bardziej. Wszyscy robią tam świetną atmosferę i dbają o klienta. Warto to docenić.

20140329_143717

Kolejna rzecz, która zwraca uwagę, to wystrój. Ciemny. Bardzo ciemny. Tablica na całą ścianę (mógłbym zrobić osobny wpis o lokalach mających ściany z tablicy) oraz czarne kafle (wyglądające jak obicie materacem). Ale – co zaskakujące – ta czerń nie jest ponura. Raczej stylowa i całkiem przyjemna. No i są jeszcze czarne pudełka na pizzę – nigdzie takich nie widziałem. Do tego kreatywnie wykorzystane skrzynki, z których zbito całe regały – zastawione różnymi dobrami. Zastanawiam się, jak często ktoś sięga na przykład po książki stojące na najwyższej półce…

2014-03-29 spacer Oliwa 009

Ale nie na podziwianie ścian tam poszliśmy. Pora złożyć zamówienie. Stylowe menu na podkładce to kolejny smaczek wystroju… Serio – takich drobiazgów, którymi „Pobite Gary” chcą się wyróżnić, jest masa.

2014-03-29 spacer Oliwa 010

Choćby naczynia, w których serwuje się robione na miejscu lemoniady. Prawie na naszych oczach (usiedliśmy w strategicznym miejscu z widokiem na bar) utłuczono limonki, cytryny i zmieszano z odpowiednimi płynami. W przypadku lemoniady aloesowej był to napój aloesowy, dla lemoniady z zieloną herbatą była to… niespodzianka – zielona herbata.

20140329_143904

 

Niestety, zwykła, słodzona, z butelki. Może warto mieć przygotowany garnek normalnej, wystudzonej, zielonej herbaty? Owszem, to będzie bardzo charakterystyczny smak, ale tego mniej więcej się spodziewałem, gdy zamawiałem lemoniadę z zieloną herbatą.

Jako przystawka – wypiekane na miejscu pieczywo z oliwą. Siłą rzeczy z tyłu głowy porównałem ten chleb z serwowanym w gdyńskiej „Dalmaciji”… i tamten jakoś milej wspominam. Możecie mnie zabić, ale nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Tak jest i już. Co nie zmienia faktu, że ten był pyszny, a oliwa – obłędna.

Jako zupy zamówiliśmy barszcz z kołdunami i – polecaną tego dnia – kalafiorową. Ludzie! To były rewelacyjne zupy! Pełne smaku, sycące, dobrze przyprawione, odpowiednio słodkie (tak, dla mnie barszcz i kalafiorowa muszą mieć nutkę charakterystycznej słodyczy). Po prostu pycha! Oboje stwierdziliśmy, że jeśli chodzi o zupy w „Pobitych Garach” –  jesteśmy na tak.

20140329_144131

20140329_144139

Tu słowo wyjaśnienia – moja Żona nie lubi zup. Niech to będzie odpowiednią rekomendacją dla lokalu.

Danie główne to wołowy antrykot i kaczka. I tu niestety restauracja sama wyświadczyła sobie niedźwiedzią przysługę. Po takich zupach spodziewaliśmy się oboje dań minimum kosmicznych. Tymczasem dostaliśmy potrawy… poprawne. Po prostu. Antrykot był ładnie przysmażony z jednej strony i delikatny w smaku. Kaczka odpowiednio tłusta (może nawet nieco zbyt), ale bardzo smaczna.

20140329_150702

20140329_150741

Zupy zawiesiły poprzeczkę wysoko, a dania główne najwyraźniej startowały w innej konkurencji. Można powiedzieć, że zabrakło im charakteru, jaki pokazał barszcz i kalafiorowa.

Dla dobrego zrozumienia – wszystko było pyszne. Gdybyśmy zamówili tylko kaczkę i wołowinę, zapewne rozpływałbym się teraz w zachwytach. Ale ponieważ na naszych stołach najpierw wylądowały zupy, kubki smakowe były nimi tak dopieszczone, że liczyliśmy na ciut więcej.

Na deser zabrakło miejsca. Może skosztujemy go innym razem? Bo do „Pobitych Garów” z pewnością wrócimy. Na zupy – to już postanowione. I na inne dania też. Były wszak bardzo smaczne. Po prostu musimy powstrzymać się przed obiadami dwudaniowymi… albo odkryć tam danie, które dorówna zupom. Będziemy szukać, a o rezultatach poinformuję Was w następnych wpisach.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter