Tokyo Sushi, czyli ramen po gdyńsku

Posted by in Gdynia, recenzje

Tak jak mówiłem, po sobotnim bieganiu w Gdyni postanowiliśmy wybrać się na obiad. Najlepiej do jakiegoś lokalu w Gdyni, bo jednak po przebiegnięciu 10 km burczenie w brzuchu odzywa się nader szybko.

Nasz wybór padł na Tokyo Sushi (Mściwoja 9). Po pierwsze – bo obiecaliśmy sobie, że spróbujemy wreszcie sushi w Gdyni. Po drugie – ten lokal w 2013 został uznany najlepszą japońską restauracją w Polsce w konkursie „Poland 100 Best Restaurants”. Po trzecie, ale chyba najważniejsze – to jedyny lokal w Trójmieście serwujący ramen, jaki udało mi się namierzyć.

Co to jest ramen? To taka genialna i przepyszna japońska zupa, którą zajadaliśmy się w Japonii. Więcej o ramenie pisałem na moim drugim blogu, więc nie będę się powtarzał.

Rzadko zdarza mi się oceniać lokal już za samo wejście, ale tutaj się wyłamię. Przesuwane drzwi, przypominające tradycyjne, japońskie wejścia – to jest to. Zabrakło mi jedynie wiszących nad drzwiami zasłon. Oczywiście okazało się, że drzwi, którymi weszliśmy, nie były głównymi, ale na swoją obronę mogę powiedzieć, że te główne były zupełnie niewidoczne.

Restauracja jest dość ciemna, na szczęście dostaliśmy stolik koło okna. Z którego zrezygnowaliśmy po minucie – z dwóch powodów. Po pierwsze: przy stoliku obok usiadła para z małym dzieckiem. Po drugie chcieliśmy usiąść obok czegoś, czego nie spotkałem do tej pory nigdzie. Ściany pokrytej żywym mchem. Oryginalne, nie powiem.

20140510_145120 (1500x1125)

Decyzja podjęta – zamawiamy ramen, a potem się zobaczy. W Japonii porcja ramenu wystarczyła nam za cały obiad, ale jak będzie w Polsce? Aby umilić sobie czekanie i uzupełnić płyny po bieganiu, zamówiliśmy dzbanek najlepszej (według menu) japońskiej zielonej herbaty. I tu pierwsze zaskoczenie – ta herbata autentycznie pachniała i smakowała jak w Japonii. Miała nawet zielony kolor. Tym ujęli nas na początku.

20140510_154754 (1125x1500)

A potem na naszych stołach pojawiły się miski z ramenem, na które rzuciliśmy się w mgnieniu oka. Nawet nie zrobiłem zdjęcia przed jedzeniem, dopiero po kilkunastu łyżkach przypomniałem sobie, że jestem blogerem. A to zobowiązuje.

Jak oceniam gdyński ramen? No cóż – najwyraźniej kucharz z Tokyo Sushi stołował się w innych lokalach w Japonii, niż ja. Wiem, że każdy kucharz ma swój własny przepis na ramen, ale ta zupa… była dość odległa od mojego pojęcia ramenu.

20140510_151102 (1500x1125)

Po pierwsze – bulion. Był pikantny, co samo w sobie nie jest problemem, ale poza tym – był bez smaku. W Japonii bulion w ramenie to tłusta esencja mięsa i smaku (głównie unagi). Tutaj była to woda, w której gotowało się pewnie kiedyś jakieś mięso.

Nie chcę się tu bawić w znaną restauratorkę i telewizyjną celebrytkę, ale może ten bulion przygotowano bez czegoś? Na przykład bez alg? Albo pasty miso? A może proporcje nie takie? Nie wiem, nie mam aż tak wyrobionych kubków smakowych. Ale wiem, że to był po prostu płaski smak (to chyba najlepsze określenie).

Gdybym dostał taki ramen na początku w Japonii, nie zachwyciłbym się nim tak bardzo. Dopiero po doprawieniu sosem sojowym całość nabrała nieco smaku, ale sos sojowy powinien bogactwo ramenu podkreślać, a nie tworzyć.

Po drugie – makaron. W japońskich barach z ramenem miałem wybór jednego z trzech rodzajów makaronów (o różnej grubości). Poza tym tamten przypominał proste nitki spaghetti. Ten tutaj był pofalowany jak włosy Kelly Family, albo… jak wyciągnięty z chińskiej zupki. I do tego był lekko rozgotowany. Ciężko jadło się go pałeczkami.

Tak, bo ramen je się pałeczkami i łyżką. Choć były lokale w Tokio, gdzie podawano tylko pałeczki. W Gdyni dostaliśmy łyżki. Pałeczki leżały na stole i czekały na sushi.

Ale żeby nie być tylko na nie – kilka plusów gdyńskiego ramenu. Po pierwsze – jest to danie bardzo elegancko podane. Po drugie – wołowina pływająca w bulionie jest bardzo ciekawie przyprawiona, chyba sosem teriyaki. Po następne – ramen jest z dodatkiem szczypiorku, co przywołało wspomnienia z Kioto i uśmiechy na naszych twarzach. Po ostatnie wreszcie – do ramenu dodano świetnie przyrządzone jajko.

Zupa była dość sycąca, więc zamiast wielkiej uczty, zamówiliśmy małą porcję sushi. Na początek nigiri, które wyglądało i smakowało jak każde nigiri w Polsce. A potem jedną z nowych specjalności, czyli tatar z łososia zawinięty w ogórka. Pomysł rewelacyjny, ale… ogórka było za dużo i jego zimny smak zupełnie zagłuszał tatara. A szkoda. Gdyby zrobić to sushi w jakiś inny sposób, mogłoby być genialne.

20140510_153004 (1500x1125)

 

20140510_154432 (1500x1125)
Nie wątpię, że nagroda dla „Tokyo Sushi” była w pełni zasłużona. Może restauracja zdobyła ją dzięki daniom głównym. Nie tylko japońskim. Choć dokładnego pochodzenia nie są pewnie nawet sami restauratorzy, patrząc na menu i flagi…

20140510_145812 (1500x1125)

Zapewne wrócimy jeszcze kiedyś do „Tokyo Sushi”, aby skosztować dań obiadowych i bardziej skomplikowanych rolek sushi. Ale na mój utęskniony ramen nadal czekam. Jak tak dalej pójdzie, to sam nauczę się go gotować.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter