Jumpcity! Jumpcity! Jumpcity!

Posted by in Gdynia

„Skaczcie do góry” śpiewał poeta, wybijając się w ten sposób na tle innych artystów, smędzących o „spadaniu w dół”. Mamy już w Trójmieście miejsce, gdzie obie te wielkie idee (skakanie i spadanie) można przekuć w czyn.

O Jumpcity w Gdyni (Wendy 7/9) usłyszałem kilka miesięcy temu, ale jakoś zawsze było mi nie po drodze. W końcu pojechanie do Gdyni to dla mnie wielka wyprawa, na którą nieczęsto się zdobywam.

A szkoda. Bo gdy wczoraj tam dotarłem, to:

  1. bawiłem się radośnie jak małe dziecko,
  2. godzina zleciała nie wiadomo kiedy,
  3. zmęczenie fizyczne było przyjemne i mam ochotę na więcej,
  4. widziałem ludzi, którzy nie mają fizycznie prawa istnieć,
  5. zacząłem żałować, że pójście do Jumpcity to jest cała wyprawa.

20140605_190146

Ale po kolei. Co to jest Jumpcity? To wielka hala, pełna trampolin. Kropka. Gdzie okiem nie sięgnąć – trampoliny. Gdybyście zobaczyli to, mając pięć lat, oddalibyście za coś takiego wszystkie klocki Lego. I piórnik Hello Kitty. Można na nich skakać i… to w sumie wszystko. Ale kiedy ostatni raz mieliście okazję tak po prostu pokicać niczym pchła naszprycowana amfetaminą?

OK, dla ścisłości – jest jeszcze basen, wypełniony gąbkami. Do którego można oczywiście skoczyć, odbijając się z trampoliny. O basenie mogę powiedzieć trzy rzeczy. Po pierwsze – gąbki mają to do siebie, że ich kawałki przyczepiają się do absolutnie wszystkiego. Po następne – regulamin każe jak najszybciej wyjść z basenu, ale to jest trudne, bo te przeklęte gąbki działają jak ruchome piaski. I po ostatnie – to jest czadowe! Kiedy już przełamie się opór przed skoczeniem w szarą masę i gąbki nakryją człowieka po czubek głowy – chce się jak najszybciej wyjść, aby skoczyć ponownie.

20140605_190058_1

Tak dla kronikarskiej rzetelności – są jeszcze kosze do koszykówki. Pod trampolinami. na własne oczy widziałem, jak jeden chłopak wybił się z leżenia na plecach i zawisł na obręczy. Widziałem też ludzi, którzy wycinali takie hołubce i piruety, o jakich Wam się nie śniło. Moim zdaniem to niemożliwe, aby ludzkie ciało mogło obracać się w tylu płaszczyznach. Dlatego uznałem, że to są moje halucynacje i ci ludzie nie istnieją. Po prostu skaczą sobie, wykonując kilka salt pod rząd – tylko w mojej głowie.

Te atrakcje sprawiły, że nawet nie zauważyłem, kiedy minęła godzina. Wydawało mi się, ze ledwo co przyszedłem, a już muszę schodzić. Ciekawe – gdy zobaczyłem, ile czasu minęło, jednocześnie moje mięśnie się obudziły z radosnych pląsów i zaczęły wysyłać do mózgu sygnały typu „auć”, „boli albo „chyba cię pogrzało”. W chwili, gdy czytacie te słowa, zapewne zwijam się z bólu od zakwasów w miejscach, o których nie miałem pojęcia.

20140605_190012

Ale było warto. Po tysiąckroć! Jumpcity to najprzedniejsza z przednich zabaw, jakie można sobie wyobrazić. I żałuję, że aby poskakać, muszę jechać aż do Gdyni. Zdecydowanie chcę filii w Gdańsku. Może być mniejsza, byleby był basen z gąbkami. A jeśli, drogie Jumpcity, rozbudujecie się w Gdyni i będziecie mieć nowe atrakcje – to dajcie znać. Znowu wyruszę na wyprawę.

Wy też, o ile jeszcze nie byliście, wybierzcie się przy najbliższej okazji do Jumpcity. To atrakcja nie tylko dla dzieciaków, ale też dla dorosłych. Zwłaszcza tych, którzy nadal pielęgnują swoje wewnętrzne dziecko.

Jasne, w Jumpcity można też normalnie ćwiczyć: z wykorzystaniem trampolin i pod okiem trenera. Ale to tylko dla tych, którzy uważają, że skakanie musi mieć jakiś dodatkowy sens. Mi wystarczyło zapomnienie o bożym świecie i zastrzyk pozytywnej energii.

No i lądowanie w basenie.

Ten wpis ma zdjęcia obiektów z daleka lub bez ludzi, bo gdy je robiłem, na trampolinach królowały dzieci. A robienie zdjęć cudzym dzieciom to zawsze jest problem.

Kliknij i przekaż dalejShare on FacebookTweet about this on Twitter